Bugisi: w krainie Monik

26-08-2019

Odbiór porodu na torach kolejowych – mimo że na studiach Monika nie mierzyła się z takimi wyzwaniami, w Tanzanii musiała stawić im czoła. Poznaj historię niezwykłej położnej z Warszawy!

archiwum rozmówcy

Dlaczego zdecydowałaś się akurat na program Wolontariat polska pomoc? To program wymagający od wolontariusza dużego zaangażowania.
To prawda. Na początku nie byłam pewna, czy podołam – taki projekt pisałam po raz pierwszy w życiu. Jednak już w trakcie aplikacji okazało się, że jeśli ma się konkretny i nowatorski pomysł, to wniosek jest łatwy do wypełnienia. Sama decyzja o wyborze właśnie programu Wolontariat polska pomoc była naturalna – już od kilku lat współpracowałam ze Stowarzyszeniem Misji Afrykańskich i Centrum Charytatywno-Wolontariackim „Solidarni”. To one odegrały w projekcie rolę organizacji wysyłającej i przyjmującej.

Na pewne sytuacje studia w Polsce chyba cię nie przygotowały: na przykład odbieranie porodu na torach na kilkanaście minut przed pojawieniem się ważnej delegacji…
Tak, takich sytuacji – ekstremalnych, przedziwnych, irracjonalnych – nie da się przewidzieć. Praca w Tanzanii była zupełnie inna niż ta, którą wykonuję teraz w Polsce. Niby porody wyglądają na całym świecie tak samo, różne jest za to otoczenie, kontekst kulturowy, miejsce zamieszkania czy poziom wiedzy. Nie da się na to przygotować przed wyjazdem, ponieważ niektóre rzeczy się u nas po prostu nie zdarzają.

Jak wyglądał twój typowy dzień pracy?
Zaczynałam o ósmej. Przychodnia, w której pracowałam, była prowadzona przez siostry zakonne i przed rozpoczęciem pracy, niezależnie od wyznania, każdy pracownik modlił się za pacjentów i pracę. W ciągu tygodnia zajmowałam się różnymi rzeczami – pracowałam w klinice dla kobiet po porodzie i noworodków, prowadziłam zajęcia ze szkoły rodzenia, pomagałam podczas zabiegów chirurgicznych, prowadziłam i przyjmowałam porody. Jeden lub dwa razy w tygodniu brałam dyżury całodobowe.

Miałaś choć trochę czasu wolnego?
Miejsce mojej pracy było oddalone od większego miasta, więc nie miałam możliwości wyjazdu do kina, na zakupy czy na kawę. Za to mieszkałam sto metrów od przychodni i trudno było się odciąć od życia zawodowego – wielokrotnie poza godzinami pracy szłam z własnej inicjatywy na oddział odwiedzić pacjentów. Cały czas byłam do dyspozycji przychodni. W wolnym czasie prowadziłam ogródek i zajmowałam się dziećmi, które przychodziły na misję.

Słyszałam, że na skutek pomocy pewnej osobie trafiłaś do aresztu… Jak to się stało?
W naszym domu pracowała Winifrida, ofiara przemocy domowej. Kilka tygodni po porodzie została bardzo dotkliwie pobita przez męża – uciekła z domu i poprosiła nas o pomoc. Zorganizowałyśmy jej mały pokój na terenie szkoły z internatem. Mąż kobiety oskarżył mnie o to, że… uprowadziłam jego żonę i zostałam chwilowo zatrzymana do czasu złożenia wyjaśnień na policji. Na moją korzyść zeznawała sama Winifrida. Zostałam oczyszczona z zarzutów, ale ta sytuacja była dla mnie bardzo trudna.

Czy podczas swojego wolontariatu miałaś jakieś wsparcie psychologiczne? Historie opisane na twoim blogu – jak ta o kobiecie, która jednego dnia urodziła syna i straciła starszą córkę, nawet dla czytających są bardzo przygnębiające, a co dopiero dla osoby, która jest na miejscu.
Na szczęście miałam na miejscu przyjaciół, z którymi rozmawiałam o takich sytuacjach. Bardzo dużo dawało mi też pisanie bloga – tak jakby dzielenie się tymi smutkami sprawiało, że było ich mniej. Pomagała mi też wiara. Wiele ludzkich dramatów, których w racjonalny sposób nie dało się wyjaśnić, oddawałam Panu Bogu w modlitwie.

Podobno w okolicach Bugisi jest teraz sporo małych Monik?
Zgadza się. Wiele kobiet w ramach wdzięczności za moją pomoc przy porodzie nazywało swoje córki Monika. To było bardzo miłe! Gdy rodził się chłopiec, proszono mnie o wybór imienia. Najczęściej wybierałam Thadeo – to odpowiednik imienia Tadeusz, które nosi mój tata. Teraz, gdy wracam do Bugisi w odwiedziny, spotykam te małe Moniki i małych Tadeuszów – obecnie już kilkuletnich. To dla mnie niesamowita radość!

Na wolontariacie byłaś aż czterokrotnie, ostatni raz w 2015 roku. Czy zamierzasz wrócić do Afryki?
Tak – przyznaję, że jestem uzależniona od tego miejsca! Wracam do Tanzanii, kiedy tylko mogę – czasem do pracy, a czasem jedynie w odwiedziny do ludzi, którzy stali się moimi przyjaciółmi. W 2019 r. w ramach programu Wolontariat polska pomoc po raz kolejny dostałam dofinansowanie na mój afrykański projekt. Tym razem postawiłam sobie za cel edukację personelu medycznego w zakresie przyjmowania porodów kobiet masajskich.

Monika Nowicka realizowała swój wolontariat w ramach programu Wolontariat polska pomoc.
Wywiad znajduje się w publikacji Międzynarodowy wolontariat młodzieży. Rozmawiała Karolina Ludwikowska.

Data działania: 
piątek, 1. January 2010