Ruszając w nieznane

26-08-2019

Poznaj słodko-gorzką opowieść Kasi o Kambodży – a dowiesz się, dlaczego nie warto pytać Azjatów o to, jak się czują.

archiwum rozmówcy

Zostałaś zrekrutowana jako senior communication volunteer. Żeby objąć takie stanowisko, potrzebne jest aż pięcioletnie doświadczenie. Czym zajmowałaś się wcześniej?
Pracowałam w dużej organizacji międzynarodowej w Polsce na stanowisku oficera ds. komunikacji i specjalisty od mediów społecznościowych. Byłam wolontariuszką w Ameryce Łacińskiej, brałam udział w wielu krótkich wyjazdach wolontariackich i wspierałam różne inicjatywy społeczne, festiwale i organizacje w zakresie komunikacji i PR-u w wielu miejscach na świecie. Długo mieszkałam za granicą. To także mogło mieć znaczenie przy wyborze mojej kandydatury.

Czy język nie stanowił bariery w twojej codziennej pracy z mieszkańcami Kambodży?
Język stanowił ogromną barierę, dlatego też szybko zaczęłam się uczyć khmerskiego. Podczas wyjazdów w ramach moich obowiązków w Kambodży towarzyszył mi tłumacz, ale często zdarzało się, że podczas spotkań zapominano o tłumaczeniu albo było ono bardzo skrótowe. W codziennej pracy polegałam na tłumaczu Google’a, co często kończyło się tragikomicznym zlepkiem słów bez sensu. Moja praca jako osoby odpowiedzialnej za komunikację była bardzo, bardzo trudna. Dużo czasu zajęło mi zrozumienie kambodżańskiej kultury – na przykład dlaczego ludzie dziwią się, jak pytam, co u nich słychać. Okazało się, że zamiast tego należy zapytać, czy już jedli ryż.

No właśnie – co w Kambodży było dla ciebie największym szokiem kulturowym?
Sposób pracy – wszystko dzieje się bardzo powoli, na wszystko jest czas. Przed wyjazdem do Kambodży pracowałam w bardzo dynamicznym zespole, organizowaliśmy mnóstwo projektów. Dlatego też wydawało mi się, że zorganizowanie małej wystawy w dwa tygodnie nie będzie problemem, wcześniej robiłam takie w tydzień. Tymczasem na dwie godziny przed wystawą drukowałam podpisy, ściany były malowane na trzydzieści minut przed wernisażem. Ale w końcu zawsze wszystko jakoś się udawało. Nie stresuj się, idź zjedz ryż, wszystko będzie dobrze – takie podejście mieszkańców Kambodży było dla mnie na początku ogromnym szokiem. Ale szybko też się do niego przyzwyczaiłam. Z perspektywy czasu mam wrażenie, że ludzie w Europie są za bardzo zestresowani.

Jak wyglądał twój zwyczajny dzień?
Zwyczajny dzień wyglądał dość… zwyczajnie. Dużo siedziałam przed komputerem – monitorowałam kampanie, pisałam artykuły, obrabiałam zdjęcia, przygotowywałam treści do portali społecznościowych. Ale dużo także podróżowałam do wiosek, gdzie prowadzone były działania projektowe, przeprowadzałam wywiady z beneficjentami, współpracowałam z ekipą filmową, uczestniczyłam w szkoleniach dla młodzieży, grupach samopomocy, w spotkaniach z władzami i prowadziłam szkolenia.

Czy kieszonkowe, które dostawałaś, pokrywało wszystkie twoje wydatki?
Moim zdaniem, kieszonkowe nie pokrywa kosztów wyjazdu, ale jest dobrą podstawą. Życie w Kambodży ogólnie nie jest drogie. Może się jednak takim stać, zależy od tego, co się robi, gdzie się jada i czy się podróżuje. W wyjazd zainwestowałam moje roczne oszczędności, ale nie żałuję. Pobyt w Kambodży był dotychczas moją najlepszą decyzją życiową.

Patrząc z perspektywy czasu, jaki był największy plus EU Aid, a jaki jego największy minus?
Plusy – szkolenie humanitarne, praca z lokalną społecznością i doświadczenie międzykulturowe. Bardzo dużo się o sobie dowiedziałam i nauczyłam się spokojniej komunikować – w Azji nie możesz pokazać swoich uczuć i im bardziej jesteś zdenerwowana lub zła, tym spokojniej powinnaś się zachowywać i nigdy nie podnosić głosu. Azja pomaga się zrelaksować i patrzeć na rzeczy z dystansu. Minus – brak szkolenia językowego.

Twoja praca dotykała bardzo trudnej tematyki handlu ludźmi. Jak sobie z tym poradziłaś?
Moje zadanie polegało na zbieraniu historii byłych migrantów o ich doświadczeniach w Tajlandii. Zdarzało mi się rozmawiać z ofiarami handlu ludźmi – osobami, które wiele przeszły, a obecnie żyją w totalnej beznadziei, toną w długach i nie wiedzą, co będą jutro jadły. Nie byłam gotowa na takie rozmowy. Nie jestem psycholożką, szkolenie mnie na to nie przygotowało, organizacja nie zapewniała terapeuty. To doświadczenie w pewnym momencie mnie przygniotło. Zdałam sobie sprawę, że nie ma prostej recepty na ludzkie cierpienie, że projekt, w którym pracuję, jej nie ma, że ja jej nie mam. Że jestem tam nie po to, żeby zbawiać świat, tylko słuchać, potrzymać kogoś za rękę, wspólnie śmiać się i płakać. I tyle. Albo aż tyle.

Po zakończeniu wolontariatu zdecydowałaś się zostać w Kambodży.
Tak, zaczęłam pracować jako producentka i dyrektorka ds. komunikacji w galerii sztuki – fundacji, która zajmuje się wspieraniem młodych talentów. Jednocześnie pracuję w organizacji pozarządowej, która uczy kreatywnego myślenia za pomocą grupowych szkoleń z pisania wierszy i krótkich historii. Brzmi jak kosmos, ale działa. Dzieci i młodzież uczą się, jak nazywać swoje emocje, jak je wyrażać. Jak zadawać pytania i jak nie bać się prezentacji publicznych. To bardzo ważne, zwłaszcza wśród osób pochodzących z uboższych rodzin, które pierwsze wybiorą się na uniwersytet i zdobędą wyższe wykształcenie. Mam nadzieję, że dzięki temu choć trochę przyczynię się do tego, że w Kambodży będzie mniej nieszczęść i wyzysku. Że za parę lat młodzi ludzie będą przekraczali granicę z Tajlandią nie pod osłoną nocy, schowani na ciężarówce, ale jako dumni studenci z paszportem i wizą w ręku.

Katarzyna Sumisławska realizowała swój wolontariat w ramach programu EU Aid.
Wywiad znajduje się w publikacji Międzynarodowy wolontariat młodzieży. Rozmawiała Karolina Ludwikowska.

Data działania: 
niedziela, 1. January 2017