W rytmie salsy

26-08-2019

Zaczęło się od karnawału, a potem… było jeszcze ciekawiej – o swojej niezwykłej peruwiańskiej przygodzie opowiada Paulina.

archiwum rozmówcy

Jak przywitało cię Peru?
Dokładnie w momencie, kiedy przyleciałam, zaczynał się karnawał. Trwał kilka dni, podczas których nikt nie pracował. Wszyscy oblewali się kolorową farbą i wodą, grano na bębnach, śpiewano, ulicami przechodziły poprzebierane pochody. Prawdziwie huczne powitanie z pompą.

Wróćmy do Polski. Jak wpadłaś na pomysł wyjazdu na wolontariat?
Sporo osób mówi mi, że jestem odważna, bo nie boję się jechać na drugi koniec świata. A ja tak naprawdę wyjeżdżam, bo się boję: normalnego życia, przeciętności, tego, że stracę szansę na przeżycie czegoś wspaniałego i że nie zdążę zrobić tych wszystkich rzeczy, które bym chciała. Za tym wszystkim stoi też moja wrodzona, nieodparta potrzeba wolności i ciągłego odkrywania nowych rzeczy – nawet w restauracji nigdy nie zamawiam dwa razy tej samej potrawy.

Jak wyglądał twój zwyczajny dzień już jako nauczycielki angielskiego?
Rano po zjedzeniu śniadania (to ważny element mojego dnia, nigdy nie odmówiłabym sobie świeżego, słodkiego mango lub gigantycznego awokado!) łapałam bus jadący do ośrodka. „Nawoływacze” krzyczą z busa, dokąd jadą, a pasażerowie krzyczą, gdzie wysiadają. Komunikacja w Peru to trochę sport ekstremalny. Następnie, gdy znajdowałam się już w budynku placówki, po zamienieniu kilku słów z innymi pracownikami i wypiciu kubka herbaty orientowałam się, gdzie i z kim mam zajęcia. Czasem miałam chwilę na przygotowanie materiałów, na przykład znalezienie piosenek albo wydruk ćwiczeń. Około południa był obiad, który najczęściej jedliśmy na dachu z widokiem na całe miasto i góry. Potem albo miałam kolejne zajęcia, albo pomagałam innym wolontariuszom w ich grupach. Przez resztę dnia robiłam, co chciałam – chodziłam na wycieczki po okolicy, robiłam zakupy na targu, brałam udział w spotkaniach integracyjnych, wieczorem wychodziłam na miasto albo po prostu relaksowałam się w domu.

Opowiedz więcej o organizacji, w której pracowałaś.
INCAWASI wspiera najbiedniejsze dzieci z Cajamarki w nauce, żeby zdobyły wiedzę i miały szansę na lepsze życie. Ośrodek prowadzi zajęcia dodatkowe po szkole i w czasie wakacji. Pracownicy oraz wolontariusze pilnują dzieci, żeby odrabiały lekcje, pomagają im w zadaniach. Dzieciaki mają dostęp do komputerów (których brakuje w ich domach), zagwarantowane posiłki, książki i pomoce szkolne, a także kontakt z osobami z całego świata, które uczą je angielskiego, francuskiego lub portugalskiego. Równie ważne jest towarzystwo rówieśników, opiekunów i wolontariuszy, z którymi zawsze mogą się pośmiać, powygłupiać albo poprzytulać.

Czy oprócz swoich uczniów poznałaś wielu lokalnych mieszkańców?
Tak! Po pierwsze: mojego gospodarza i jego znajomych. Po drugie: członków AIESEC Peru. Potem, już podczas podróży po zakończeniu wolontariatu, korzystałam z couchsurfingu, więc również spędzałam czas z lokalsami. To jeden z cenniejszych aspektów takich wyjazdów. Nie jesteś turystą, który widzi tylko tyle, ile pokaże mu biuro podróży. Masz okazję dotknąć kultury kraju i żyć tak samo jak jego mieszkańcy – bez upiększeń i przekłamań. Oczywiście, najpierw trzeba oswoić się z otoczeniem i jego innością. Myślę, że gdziekolwiek by się nie wyjechało, warto otworzyć głowę na taką zmianę, przyzwyczaić się do braku udogodnień i czerpać radość z odkrywania nowego.

Jakie momenty z wolontariatu zapamiętałaś najlepiej?
Karnawał i tańczenie salsy na ulicach w rytm bębnów z całkowicie obcymi ludźmi, wizyty w tajemniczych klubach z muzyką na żywo, do których wchodziło się przez czyjś dom, zjazd niemal pionowo w dół po gigantycznych wydmach i sandboarding na pustyni, zrobienie małych tatuaży razem z innymi wolontariuszami, próbowanie owoców, których nazw nawet nie znałam... Każdy dzień był przygodą!

Paulina Kozakow realizowała swój wolontariat w ramach AIESEC.
Wywiad znajduje się w publikacji Międzynarodowy wolontariat młodzieży. Rozmawiała Karolina Ludwikowska.

Data działania: 
poniedziałek, 1. January 2018