Publicystyka -

Budujmy w mózgu autostrady


– Zadawanie pytań uczy dużo bardziej niż udzielanie odpowiedzi – mówi dr Tomasz Rożek, dziennikarz naukowy, autor cyklu „Dobre pytanie” produkowanego przez FRSE.

MR: Pan mówi: „Nauka. To lubię”. Ja zapytam: nauka to ludzie?
TR: Tak, naukę tworzą ludzie. Naukowcy starają się zrozumieć zasady rządzące tym, co wokół nas. I próbują wykorzystać wiedzę do tworzenia nowych technologii i urządzeń, żeby żyło nam się dłużej, zdrowiej i bezpieczniej.

Czy niektórzy posiadają tajemną moc, że potrafią zrozumieć skomplikowane procesy i zjawiska?
Nie sądzę, by naukowcy mieli specjalne zdolności. Wszyscy rodzimy się z podobnymi zasobami, tyle że u jednych zainteresowanie i ciekawość zostają, a u innych nie. W Radiu 357 odpowiadam na pytania słuchaczy i nadal się dziwię, jak wiele zagadnień ich interesuje. A to przecież nie są naukowcy, tylko ludzie pracujący w korporacjach, usługach, zajmujący się dziećmi. Mają jednak to „coś”, co powoduje, że zastanawiają się nad tym, co mijają każdego dnia. Ta refleksja jest cechą, która towarzyszy naukowcom, choć posiadają ją też ci, którzy dzwonią i piszą do radia, by coś im wyjaśnić.

To osoby ciekawe świata, które coś zauważają i niekoniecznie zdają sobie sprawę, że ich pytanie może dotyczyć nanotechnologii, cybernetyki czy fizyki cząstek.
To są prostsze rzeczy. Niedawno pytano mnie, jak to się dzieje, że bumerang wraca. Fizyka jego lotu jest niezwykle skomplikowana. Najstarszy na świecie bumerang, który zresztą znaleziono w jaskini w Polsce, ma ok. 25 tys. lat. Od tego czasu ludzie z niego korzystają, choć dopiero kilkadziesiąt lat temu wyjaśniono, czemu on wraca. Jedni przechodzili obok tego obojętnie, a innym nie dawało to spokoju. Podobnie jest z rowerem – ludzie jeżdżą na nim od 250 lat, ale dopiero od kilkudziesięciu wiadomo, czemu na dwóch kółkach udaje utrzymać się pion i jednoślad się nie przewraca. Dlaczego tylu ludzi jeździ na rowerach, a tylko niektórym przyszło do głowy, by się zastanowić, jak to się dzieje?

Podobnie jest z lataniem?
Jeśli obserwujemy otoczenie, możemy stworzyć przedmioty, które będą mniej lub bardziej udaną kopią tego, co widzimy. Przy czym sama obserwacja to za mało – kluczem jest umiejętność zadawania pytań dotyczących rzeczy oczywistych, które wokół nas istnieją. O lataniu ludzie marzyli, odkąd zaczęli obserwować ptaki. W którymś momencie dwóch braci stwierdziło: „spróbujmy”. Gdy zrozumieli, czym jest ciśnienie czy kąt natarcia, mogły powstać samoloty, których konstrukcja w niczym nie przypomina tego, co daje natura. Nie ma gigantycznych ptaków czy szybujących liści, które swoimi proporcjami przypominałyby nowoczesny samolot pasażerski. A ten by nie powstał, gdyby ktoś wcześniej nie zaczął kombinować, dlaczego ptaki latają. Pełny opis fizyki lotu powstał wiele lat po tym, gdy zbudowano pierwsze samoloty.

Mając wiedzę o tym, jak zachodzą pewne zjawiska, możemy tworzyć obiekty, które w naturze nie występują. I tak to działa w każdej dziedzinie.

O co pan pytał w dzieciństwie?
Odpowiedź znają moi rodzice. Wiem, że byłem dość ciekawskim dzieckiem. Ale trudno powiedzieć, co jest skutkiem, a co przyczyną. Być może zadawałem tyle pytań, bo rodzice nie zostawiali mnie bez odpowiedzi. Nigdy jako dziecko nie czułem się źle przez to, że pytam. Natomiast dla sporej grupy rodziców i nauczycieli pytające dziecko to skaranie boskie. I wtedy maluch słyszy: „Daj mi święty spokój. Jak coś już wymyślisz, to naprawdę...”. Takie komunikaty zniechęcają do stawiania kolejnych pytań. A już najbardziej denerwuje mnie, gdy mówi się do dziecka: „Ty to już lepiej nie myśl”. Rodzic jest od tego, żeby odpowiadać nawet na najbardziej absurdalne pytania.

A może dorosły boi się kompromitacji w oczach dziecka?
Raczej to wynika z tego, że w jednych domach jest czas dla dziecka, np. by mu odpowiadać na pytania czy je przytulać – co jest niezwykle istotne dla jego rozwoju – a w innych go nie ma. Są rodzice, dla których perspektywa spędzenia z dzieckiem wakacji brzmi jak horror, a są tacy, którzy czekają na to cały rok. I takie podejścia mają niewiele wspólnego ze statusem majątkowym, wykonywanym zawodem czy poziomem wykształcenia. To działa jak sito. Niektórzy zostają, a inni przelatują dalej. Jedni mają w sobie chęć zadawania pytań i poszukują wszędzie odpowiedzi, a inni nie.

Ważne jest to, żeby zadać dobre pytanie?
W mojej pierwszej książce „Nauka po prostu. Wywiady z wybitnymi” jeden z rozmówców powiedział mi, że czasem ważniejsze od odpowiedzi jest pytanie. Bo jeśli chcemy się czegoś dowiedzieć, ale zadamy nieprecyzyjne pytanie, które nie dotyka istoty sprawy, to dostaniemy odpowiedź, która nic nie wyjaśni.

Zadawanie pytań wymaga refleksji. Warto wcześniej sprawdzić, czy ktoś już na nie odpowiedział. Zadawanie pytań uczy dużo bardziej niż udzielanie odpowiedzi.

W szkole nas tego nie uczą.
To prawda, bo zadawanie pytań jest traktowane jak udręka.

Dla nauczycieli, ale nie uczniów.
Czasem stawianie pytań staje się metodą na zagadanie nauczyciela. Ale oczywiście alternatywą nie jest ich ucinanie. Nie może być tak, że na lekcji wszyscy siedzą cicho. To najszybszy sposób, by u młodego człowieka zabić ciekawość. Jeśli uczeń jej nie zaspokoi albo nie zada pytania w momencie, gdy przyjdzie mu ono do głowy, to chwilowe zainteresowanie jakimś zagadnieniem znika. To duża strata, bo nasze mózgi są tak zbudowane, że tworzą się w nich autostrady. Jeśli któraś z dróg jest coraz rzadziej używana, to zanika.

Trzymając się tej metafory, jeśli gdzieś pojawi się remont i droga jest zamknięta, to osoba ciekawa będzie szukała objazdu, żeby dotrzeć do celu?
Ale tylko, jeśli będzie zdeterminowana. Tyle że w przebodźcowanym świecie cel wcale nie jest oczywisty. Jeśli młody człowiek kolejny raz w szkole czy domu napotka remont, nie będzie już tak stanowczy, by szukać objazdu. On po prostu znajdzie sobie inny cel. I to jest ogromne niebezpieczeństwo, bo nowy cel może nie budować młodego człowieka, tylko ciągnąć go w dół jak kamień przywiązany do nogi.

A może w obawie przed pytaniami uczniów nauczyciele wolą puścić Rożka? Czytałem komentarze na kanale „Nauka. To lubię”. Uczniowie piszą, że na lekcjach oglądają pana filmy.
Nie chcę myśleć, że nauczyciele robią to tylko z lenistwa. Moje filmy to też sposób, by młodzież łatwiej przyswoiła wiedzę. Na innym kanale dla kilkulatków „Nauka. To lubię Junior” wyjaśniam pewne zjawiska na animacjach. To ułatwia pracę nauczycielom, bo trudno wytłumaczyć maluchom, jak działa serce. Dla nich to rozważania czysto teoretyczne i dość abstrakcyjne. Dzięki moim materiałom łatwiej im zrozumieć procesy, które zachodzą w organizmie ludzkim, bo patrzą na obrazki.

O otaczającej nas rzeczywistości najlepiej jest mówić przez pryzmat ludzkich doświadczeń?
Nie ma nic bardziej przekonującego i wiarygodnego niż historia drugiej osoby. Świat poznajemy na wiele sposobów, natomiast wczucie się w sytuację innego człowieka i słuchanie jego przeżyć jest najprostszą metodą, by coś zrozumieć. W ten sposób powinno się opowiadać o czarnych dziurach, komórkach, genach. I nawet jeśli ktoś nie zostanie fizykiem, biologiem czy genetykiem, to ta opowieść zostanie mu w głowie i sercu. Stąd pomysł na Akademię Superbohaterów, czyli opisanie życia polskich naukowców i nauki, którą te osoby uprawiały. Chciałem ich przedstawić jak ludzi, którzy mają supermoce, ale nie dlatego, że ktoś im je dał, tylko dlatego, że znaleźli w sobie siłę, by rozwijać to, co każdy z nas ma od narodzin. Dlatego zdecydowałem, by narysować ich komiksową kreską. Ważne, by niezależnie od wieku, opowiadać historię konkretnych ludzi, a nie tylko odkryć.

I gdy młody człowiek zapyta, jak działa kamera cyfrowa, to pan opowie mu historię Stefana Banacha?
Dokładnie tak. To, co tworzył Banach, genialny matematyk, dziś jest podstawą do tego, żeby kompresować pliki JPG ze zdjęciami. Mogę też opowiedzieć historię Jana Szczepanika, który był nazywany polskim Edisonem. I tylko zbieg okoliczności spowodował, że nie stał się tak sławny, jak inni wynalazcy z Zachodu. To on skonstruował na przełomie XIX i XX w. urządzenie, który dziś nazwalibyśmy telewizorem. To było w czasach, gdy nie było czarno-białej telewizji. Szczepanik zbudował kolorowe kamery filmowe, projektory, zajmował się też barwną fotografią. To był człowiek, który wyprzedził swoją epokę o kilka dziesięcioleci, ale wówczas go nie doceniono, dlatego pewnie o nim dziś tak rzadko słyszymy.

Jak mówić prostym językiem o skomplikowanej materii, jaką jest fizyka, chemia, biologia?
Nauczyciel powinien być dobrym pedagogiem, czyli mieć umiejętność przekazywania informacji. Choć tylko niektórzy wiedzą, jak uczyć. Niestety system edukacji nie zawsze dopuszcza do tego, by mogli rozwinąć skrzydła. I dlatego trzeba go przemodelować. W XXI w. nadal mamy system sprzed kilkuset lat. Oczywiście są inne narzędzia, jest większe zrozumienie dla wprowadzania nowych technologii, ale zasady zostały niezmienione. Szkoda, bo świat bardzo się zmienił. Ważne jednak, by nauczyciel pamiętał, że praktyka nie może się rozjeżdżać z teorią. To klucz do ciekawych lekcji.

Czy lekcją dla pana była zamiana ról? Z osoby, która odpowiada na pytania uczniów i słuchaczy, stał się pan pytającym w nowym cyklu wideo Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji „Dobre Pytanie”.
Z pewnością było to wymagające. Wsłuchiwanie się w to, co mają do powiedzenia inni i zadawanie im pytań, sprawiało mi przyjemność. Bardzo się cieszę, że poznałem osoby, których doświadczenie zawodowe i życiowe było zupełnie inne niż moje.

Czego się pan od nich dowiedział?
Nie wymienię konkretnej odpowiedzi, bo rozmów było sporo i nie chciałbym nikogo pominąć.

Bardzo sobie cenię spotkania z ludźmi, którzy mają pasję i siłę do tego, by ją rozwijać i uczynić z niej sposób na życie.

Chcę jednak powiedzieć, że nawet jeśli nie pamiętamy konkretnych odpowiedzi albo ludzi, którzy nam o czymś opowiadali, to wcale nie znaczy, że to nie zostaje nam w głowach. Ba, to nas buduje i rozwija. Nie mamy pojęcia, jak działa mózg. Czasem wystarczy sekunda, by czymś nas zainspirować. I nigdy nie wiadomo, kiedy coś nam się przypomni. Nawiążę do tego, o czym wcześniej mówiłem. Popularyzacja nauki wcale nie ma na celu stworzenia armii naukowców. Mam dwójkę dzieci, które w przyszłym roku zdają maturę. I jestem pytany, czy będą studiować fizykę, skoro ja jestem fizykiem. Odpowiadam, że nie. I wtedy słyszę, czy nie jest mi przykro z tego powodu. A ja się śmieję, bo nie po to mówię o fizyce, żeby wszyscy zostali fizykami. Mnie chodzi o to, by poszerzać horyzonty i budzić pasję w różnych obszarach życia.

Przypomniałem sobie, jak się buntowałem w szkole: „Po co się tego uczę? Przecież to mi się do niczego nie przyda!”.
A ja zapytam: „Skąd wiesz?”. Tu chodzi o to, by trenować mózg. By te autostrady, o których mówiłem, nie zarosły chwastami. Czasami dziwimy się, że coś nam się przypomina podczas rozmowy ze znajomymi. Nigdy się nie dowiemy, jak na to wpadliśmy, zresztą to nie ma sensu. Chodzi o to, by stwarzać sobie jak najwięcej okazji do tego, by „wpadanie” miało miejsce w każdej dziedzinie, nie tylko w nauce.

To często się dzieje podczas wyjazdów. W czasie zorganizowanego przez FRSE Ogólnopolskiego Dnia Informacyjnego mówił pan, że nauka za granicą, którą umożliwia program Erasmus+, to także podróże.
Bo to prawda. Być może przyjdą czasy, gdy nie będziemy musieli się uczyć języków, bo w uchu znajdzie się implant, który nam przetłumaczy, co mówią obcokrajowcy. Ale podróże dalej będą nas kształcić. Wyjazd w inne miejsce to masa impulsów, które do nas docierają. Nagle znajdujemy się w nowych dla nas sytuacjach. Ja zrobiłem doktorat w Niemczech – rozwijałem się naukowo, a przy okazji poznałem inny sposób pracy w porównaniu z polskimi instytucjami. To tam grałem z żoną w orkiestrze symfonicznej. Dzięki temu rozwijałem mózg, uwrażliwiłem się na muzykę, poznałem ciekawych ludzi. Gdyby nie mój wyjazd, nigdy bym się z nimi nie zetknął.

Są jednak osoby, które mają w sobie zakodowany strach przed nieznanym. Pan się nie bał, jadąc tam?
Miałem obawy, bo nie znałem niemieckiego. Ale szybko poznałem stamtąd rówieśnika, z którym trzymałem się przez cały pobyt. Dziś ten facet jest profesorem w USA i dalej się przyjaźnimy.

Z mojego roku nikt nie wyjechał na studia za granicę. A ja sobie pomyślałem: „A co mi szkodzi?”. Jak będzie mi źle, to wrócę. Stwierdziłem, że potencjalne korzyści znacząco przewyższają możliwe ryzyka.

I choć trochę się stresowałem, to czułem mrowienie w brzuchu. I o to chodzi.

Tomasz Rożek – doktor nauk fizycznych, popularyzator nauki. W swoich książkach oraz na kanale „Nauka. To Lubię” na YT porusza tematy związane m.in. z kosmosem, technologiami, historią nauki oraz biologią i psychologią człowieka. Jako dziennikarz naukowy współpracował z telewizją i radiem (obecnie w Radiu 357), w których prowadził autorskie programy, oraz z prasą ogólnopolską. Związany z Fundacją Rozwoju Systemu Edukacji, dla której realizował cykl rozmów „Dobre Pytanie” (do obejrzenia na platformie YouTube – na kanale Narodowej Agencji E+ i EKS).

Zainteresował Cię ten tekst?
Przejrzyj pełne wydanie Europy dla Aktywnych 2/2022

 

//
stopka strony