Inspiracje -

Na właściwym torze


Jak studiuje się w kraju, w którym egzaminy bywają odwołane ze względu na pogodę, a w zimie słońce wschodzi dopiero o 11? O swoich doświadczeniach opowiada Dorota, studentka filologii francuskiej na Islandii.

Twoja historia jest nieco inna od pozostałych – na Islandię wyjechałaś, żeby pracować, a dopiero po roku zdecydowałaś, że chcesz zacząć tam studia.
Po raz pierwszy Islandię odwiedziłam kilka lat temu jako turystka. Zakochałam się w tym kosmicznym i kapryśnym lądzie, ale nie wyobrażałam sobie, że mogłabym tu mieszkać. Jestem dziewczyną z dużego miasta, a te nieskończone, nieznane przestrzenie mnie wtedy onieśmielały. Zaczęłam studia w Krakowie, ale miałam przeczucie, że to nie jest moje miejsce. Po pierwszym roku studiów wróciłam na Islandię, żeby zarobić na wynajem mieszkania. Planowałam zostać trzy miesiące, ale... zatrzymał mnie tutaj pewien Islandczyk. Ponieważ studia zawsze były moim priorytetem, rozpoczęłam naukę na uniwersytecie w Reykjavíku. I w końcu poczułam, że jestem na właściwym torze!

W Polsce studiowałaś arabistykę. Co jest według Ciebie największą różnicą w polskim i islandzkim systemie studiów?

Pierwszym szokiem było dla mnie podejście profesorów. Nie mogłam przyzwyczaić się do tej nieformalności w naszych relacjach – mówienia do dyrektorki instytutu po imieniu i dzwonienia do niej po zajęciach, żeby dopytać o jakieś trudniejsze zadania. To coś niewyobrażalnego w polskim systemie, gdzie bariera pomiędzy uczniami a nauczycielami jest wciąż bardzo widoczna. Zmienił się mój stosunek do studiów: czuję, że są one tylko i wyłącznie dla mojego rozwoju, a profesorowie pomagają mi osiągać moje cele. Nie ma mowy o stresie, gnębieniu i udowadnianiu, że czegoś nie potrafię. Choć nie mam złych wspomnień z arabistyki, to z niedowierzaniem słucham historii moich kolegów i koleżanek z polskich uniwersytetów.

Jak wyglądał proces aplikacji?
Aplikacja na filologię francuską wymagała świadectwa maturalnego przetłumaczonego przez tłumacza przysięgłego na angielski lub islandzki. Ponadto musiałam udowodnić, że uczyłam się już francuskiego w szkole – moje zajęcia, już od pierwszego roku, prowadzone są tylko w tym języku. Wymagany był średni poziom zaawansowania – by go potwierdzić, przetłumaczyłam też świadectwo szkolne z klasy maturalnej. Wiem, że w przypadku studiów językowych przeprowadza się co roku w okresie letnim test, ale mój rocznik wyjątkowo tego uniknął, w zamian zostałam zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną z dyrektorką instytutu. Wszystkim aplikującym doradziłabym bezpośredni kontakt z uniwersytetem – personel administracyjny uczelni chętnie pomaga zagranicznym studentom.

Podczas rekrutacji nie musiałaś przedstawiać certyfikatu z języka angielskiego.
Uznano za wystarczające to, że rozszerzoną maturę ustną i pisemną z angielskiego zdałam na 100%. Dlatego zawsze warto się dopytać o dokładne wymagania, bo może się okazać, że jest to elastyczna kwestia.

Czy łączysz studiowanie z pracą?
Pracuję na pół etatu jako recepcjonistka w jednym z większych hoteli w centrum – dwa, trzy razy w tygodniu po cztery godziny wieczorami i co drugi weekend od rana do wieczora. Pracodawcy są bardzo elastyczni wobec studentów – bywa, że wręcz dostosowują się do rozkładu zajęć. Najwięcej pracy jest oczywiście w turystyce, w czasach przed pandemią mnóstwo było też ogłoszeń w gastronomii i różnego rodzaju usługach.

A co z czasem wolnym? Czy łatwo Ci znaleźć kilka chwil dla siebie?
Największym plusem studiów na Islandii jest równowaga nauki i życia prywatnego – dzięki temu nie czuję się wypalona i przeciążona. Zajęcia nie są porozrzucane od rana do nocy przez pięć dni w tygodniu. Zazwyczaj kończę je nie później niż około godziny piętnastej, a piątki bardzo często są wolne. Zdarzają się momenty, kiedy nauki jest bardzo dużo i ścigam się z czasem, ale są też dni, które pozwalają mi zwolnić i cieszyć się Islandią. W weekendy wolne od pracy razem z moim chłopakiem jeździmy na wycieczki, imprezujemy i chodzimy do restauracji.

Czy łatwo było przyzwyczaić Ci się do islandzkiego klimatu? Jak to jest, kiedy w nocy jest… jasno?

Uwielbiam białe noce! Można korzystać z życia w pełni. Dużo trudniejsze są dla mnie zimy – w najgorszym momencie słońce wschodzi dopiero o 11 rano. Są też huraganowe wiatry, które często uniemożliwiają funkcjonowanie – drogi, zwłaszcza poza stolicą, zostają zamknięte. W zeszłym roku część grudniowych egzaminów została przełożona przez pogodę. Trzeba się dostosować do sił wyższych.

Opisz proszę warunki mieszkaniowe panujące na wyspie.
Dla studentów są dwie możliwości – wynajęcie mieszkania od uniwersytetu lub osoby prywatnej. Ja, ze względu na bardzo rozsądną cenę, zdecydowałam się na tę drugą opcję. Płacę 130 tys. koron (ok. 3 600 zł) za wynajem kawalerki w samym centrum, łącznie ze wszystkimi opłatami. Dostaję także pomoc od państwa w wysokości 30 tysięcy koron (ok. 830 zł) – udzielana jest osobom, które nie pracują w pełnym wymiarze godzin, a wynajmują mieszkanie z łazienką i kuchnią. Tymczasem cena wynajmu kawalerki jest zbliżona do ceny wynajmu większego pokoju. Studentom zdecydowanie jednak doradzam postaranie się o akademik – nie jest to jednak dom studencki w polskim tego słowa znaczeniu. Uniwersytet oferuje mieszkania lub pokoje do wynajęcia zarówno na kampusie, jak i w centrum Reykjavíku w bardzo przystępnych cenach, często nieosiągalnych w wynajmie prywatnym. Zakwaterowanie jest zazwyczaj bardzo nowoczesne i zawiera wiele udogodnień, jak parkingi, balkony, wspólne przestrzenie do nauki i do relaksu. Jedynym minusem jest aplikacja, którą trzeba wysłać i potwierdzić w określonym momencie, a także lista oczekujących.

Największą mniejszością na wyspie są... Polacy.
Czasami żartujemy z chłopakiem, że jest mi łatwiej porozumieć się w restauracji niż jemu. Polaków jest rzeczywiście bardzo dużo, zwłaszcza w stolicy. Są też sklepy z polską żywnością, a w języku polskim można załatwić wiele spraw urzędowych.

Jak traktują obcokrajowców Islandczycy?
Mówi się, że bardzo ciężko wniknąć do grup islandzkich przyjaciół, zwłaszcza nie mówiąc po islandzku. To po części prawda – trudniej jest zaprzyjaźnić się z ludźmi, którzy znają się od dziecka, mieszkali razem na tej samej ulicy, a ich rodzice są w jakimś stopniu spokrewnieni. Cała populacja islandzka jest równa mniej więcej jednej trzeciej Warszawy. Można się w tym jednak odnaleźć. Mam kilku dobrych islandzkich przyjaciół z uczelni, chociaż trzeba być przygotowanym na żarty, których się nie zrozumie lub na konieczność przeczekania jakiejś rozmowy, która chwilowo toczy się po islandzku.

Właśnie – jak radzisz sobie z lokalnym językiem?
Uczę się islandzkiego na własną rękę. Rozumiem bardzo dużo, ale rozmawiam głównie w gronie rodzinnym mojego chłopaka – brakuje mi jeszcze płynności. Islandzki to trudny orzech do zgryzienia dla Polaków, głównie ze względu na trudną dla nas wymowę. Nie jest jednak aż tak straszny, jak go malują, zwłaszcza jeśli miało się wcześniej kontakt z innym językiem skandynawskim lub niemieckim. Do codziennego funkcjonowania w pełni wystarcza angielski – większość Islandczyków w każdym wieku świetnie się nim posługuje. Jednak jeśli myśli się o pozostaniu tutaj na dłużej, to islandzki jest koniecznością – bez niego trudno nawiązać głębsze relacje.

Jakiemu typowi polskiego studenta poleciłabyś studia na Islandii? Komu życie na wyspie może się spodobać, a kto będzie przerażony?

Islandię polecam każdemu, kto szuka trochę niezależności w nauce. Studia tu to pole do popisu dla studenta, nikt nie wymaga nieskończonej ilości formułek ani nie wymusza określonego zdania na dany temat. Ten kraj na pewno będzie też dobrym wyborem dla wszystkich tych, którzy szukają przygód i nowych doświadczeń. Nie wiem, czy życie tutaj może kogoś przerazić – Islandia to kraj, gdzie ludzie są dla siebie mili i każdy, kto poprosi o pomoc, ją dostanie.

Dorota Kotniewicz, 22 lata
- studiuje filologię francuską na Uniwersytecie Islandzkim,
- zdała polska maturę w liceum w Krakowie.

Rozmawiała Karolina Ludwikowska
Wywiad ukazał się w publikacji Eurodesk Studia bez granic.